9 gier

9 gier, których musiałem pozbyć się w 2019 roku

W 2019 roku musiałem pozbyć się wielu gier, ponieważ regały nie są z gumy, a portfel magicznie sam się nie wypełnia. Poza tym nie lubię, gdy zbyt długo lub niepotrzebnie gry się kurzą. Każda sprzedaż jest prawie zawsze głęboko przemyślana, a poniżej znajdziecie 9 gier, o których wiele osób zapewne myśli w kontekście ewentualnych zakupów – może te kilka zdań na temat każdej z nich pomoże wam podjąć właściwą, niekoniecznie negatywną, decyzję.

Gry są ponumerowane, ale kolejność nie ma tu żadnego znaczenia. Po prostu ułatwiło mi to stworzenie tej listy i pilnowanie ile gier się na niej znalazło 🙂

1. Osadnicy: Królestwa Północy

Stosunkowo nowa gra Portalu nie jest zła, a graczom solo oferuje scenariusze, które nieco zmieniają podstawowe zasady i każą skupić się na różnych elementach, co pozytywnie wpływa na regrywalność i ogólny fun płynący z rozgrywki. Jednak duchowy spadkobierca Osadników: Narodzin imperium ma w moim odczuciu dwa poważne problemy, które sprawiają, że to starszy brat (siostra?) pozostanie na półce, a Królestwa Północy powędrowały dalej w drogę.

Po pierwsze: podobieństwo. Królestwa Północy chyba z założenia nie miały jakoś specjalnie różnić się od Narodzin imperium, ale moim zdaniem zmiany są tak niewielkie, że obecność na półce obu tytułów mija się z celem. Jasne, Królestwa mają pewne nowinki, które zresztą można uznać za plus, jak choćby wspomniane scenariusze czy rondel akcji, ale koniec końców rozgrywka jest bardzo podobna i nikt mi nie wmówi, że jest inaczej. Skoro więc obie gry są podobne, to dlaczego wolałem postawić na Narodziny imperium? Zadecydował o tym powód numer dwa, a mianowicie…

Poziom trudności. Oryginalni Osadnicy nie są specjalnie trudną grą, ale przy swoim następcy wydają się naprawdę skomplikowani. Może zadecydowało o tym doświadczenie, ale ja podczas gry w Królestwa Północy nie natrafiłem na prawie żadne ciekawe decyzje. Wszystko było dosyć oczywiste, a poszczególnymi klanami grało mi się bardzo podobnie. Oczywiście w każdym scenariuszu wygrywałem już za pierwszym razem.

2. Snowdonia: Deluxe Master Set

Nie powiem, że Snowdonia to słaba gra (a przynajmniej nie z pełnym przekonaniem), ponieważ zagrałem dwa razy, co nie pozwoliło mi odkryć zapewne prawdziwej siły tej gry, a więc licznych scenariuszy, ale rozgrywka tak bardzo mi nie pasowała, że uznałem, że mam za mało czasu, żeby poświęcać go grze, która MOŻE będzie fajna – tym bardziej, że te dwie partie zupełnie tego nie zwiastowały. Mechanicznie jest to na tyle proste, że podchodzi pod filler, ale rozgrywka trwa 1,5h, a więc o wiele więcej niż jakikolwiek filler trwać powinien.

Wpływa na moją decyzję miała również cena gry – zamiast trzymać 3 stówki zamrożone na półce, wolałem uwolnić te fundusze i kupić 2-3 inne gry, które od pierwszej partii są o wiele lepsze i nie dają poczucia zmarnowanego czasu.

3. Blackout: Hongkong

Blackout to bardzo fajna gra, ale – jak pisałem zresztą w recenzji – niespecjalnie w wariancie solo. Podczas samotnej rozgrywki umyka po prostu zbyt wiele ciekawych elementów, które w grze się znalazły. A chociaż tryb solo składa się z kampanii podzielonej na kilka scenariuszy, to tak naprawdę scenariusze niewiele się od siebie różnią, a sama kampania to po prostu podsumowanie wyników osiągniętych w scenariuszach – nic z niczego nie wynika, nic nie przechodzi dalej, nasze decyzje i wyniki nie mają żadnego znaczenia na kolejne partie. Niestety.

 

4. Zdobywcy kosmosu

Na recenzję przyjdzie jeszcze pora, ale ta gra to dla mnie nieco inna wersja Splendoru. A nie lubię Splendoru. Poza tym wariant solo jest moim zdaniem po prostu nudny – już podczas pierwszej partii nie mogłem doczekać się zakończenia gry, a do kolejnych musiałem się zmusić.

5. Reykholt

Kolejna gra Portalu, która została oparta na innym tytule i okazała się gorsza od pierwowzoru. Uwe Rosenberg stworzył Loyang i wyszło mu to świetnie, o czym zresztą mówiłem w swojej recenzji. Potem na bazie tej gry postanowił zrobić Reykholt – nie wiem tylko po co. To znaczy w sumie domyślam się: Reykholt jest dosyć prostą grą, swego rodzaju wprowadzeniem dla początkujących graczy do warzywnego świata Rosenberga, i w tym odnajduje się całkiem przyzwoicie. Podobnie może być dla graczy solo. Jeśli jednak jesteście już nieco bardziej doświadczonymi graczami i graliście w różne gry Rosenberga, w szczególności w Loyang, to Reykholt nie da wam nic, dla czego chcielibyście zostawić go w swojej kolekcji. Do Loyang zawsze chętnie będę wracał i z półki się go nie pozbędę, ale Reykholt musiał mnie opuścić – nie miał w tym starciu żadnych szans.

6. Na skrzydłach

To chyba mój największy zawód tego roku. Sama gra nie jest może słaba, ale zdecydowanie jest zbyt prosta dla doświadczonych graczy. Poza tym ma jedną cechę, która w moich oczach totalnie ją dyskwalifikuje: gra zamiast z czasem nabierać rozpędu i dawać większe możliwości, robi dokładnie na odwrót. Co prawda w trakcie gry zdobywamy kolejne ptaki, które zwiększają możliwości naszych akcji, ale też z każdą kolejną rundą tracimy ilość tych akcji. Tak więc na początku rozgrywki możemy wykonać wiele akcji typu „dostaję 1 jajko” czy „dostaję 1 pokarm” (wow, super), a na końcu, gdy przez całą grę układaliśmy sobie różne kombosy itd, możemy wykonać raptem 3 czy 4 akcje.

Mi nie dawało to satysfakcji, tak więc chociaż wydanie mi się bardzo podobało i lubię gry tego typu, to Na skrzydłach musiało polecieć gdzieś dalej, a ja zostanę przy Everdell, które porusza bardzo podobne struny, ale jest o wiele bardziej satysfakcjonującą i wymagającą grą.

7. Scythe

Kilka razy podchodziłem do tej gry, ale coś nie pykło. Pięknie wydana, wspaniałe grafiki, ciekawy świat, bardziej euro, co mi osobiście pasuje, wymagająca i dająca się dobrze dostosować automa – wszystko cacy, ale zabrakło tego czegoś. Nie wiem czego, ale jakoś nie potrafiłem się wkręcić na dłużej i ostatecznie zrezygnowałem z tego tytułu. Wciąż nieco żałuję, ale wiem, że kolejne podejścia najprawdopodobniej zakończyłyby się niestety podobnie.

8. Black Orchestra

Bardzo nakręciłem się na tę grę, a gdy w końcu ją kupiłem, zagrałem jedną partię, która trwała 30 minut i po kilku dniach wystawiłem na sprzedaż. Problem polegał na tym, że… wygrałem. Słyszałem, że to bardzo losowa gra, w której możemy przez półtorej godziny przygotowywać się do zamachu na Hitlera, a o sukcesie (i ewentualnym zwycięstwie) zadecyduje… rzut kostkami. Trochę się tego bałem, ale postanowiłem zaryzykować. Gdy jednak wygrałem partię po 30 minutach gry (a o zwycięstwo jest ponoć bardzo ciężko), to nie tylko zrozumiałem jak bardzo losowa jest to gra, ale również osiągnąłem cel, o który miałem nadzieję walczyć w kilku lub nawet kilkunastu grach. Mechanika i klimat podobały mi się, ale nie czułem już żadnej motywacji, by siadać do niej ponownie.

9. Zaginiona ekspedycja

Jeśli oglądaliście moją recenzję, to na pewno wiecie dlaczego pozbyłem się Zaginionej ekspedycji. Losowość moim zdaniem wylewa się z niej do absurdalnego wręcz poziomu, co całkowicie zepsuło mi radość z gry. Co prawda nie mam nic przeciwko losowości w grach, ale wszystko ma swoje granice. Tu zostały one wyraźnie przekroczone.

0 Udostępnień